5. NIE RÓBMY Z SZAMBA PERFUMERII
Dawno nie pisałam. Może gdyby nie Czesia wpadłoby nawet kilka postów, które miałam zaplanowane. Ona natomiast postanowiła zjeść zasilacz do mojego MacBooka- jak wiemy tania zabawka to to nie jest więc na tańszy musiałam trochę poczekać (łowca promocji). Mój pies widocznie uznał, że na biedną nie trafiło. Jak bardzo ona się myliła.
W ostatnim poście trochę popłynęłam. Być może za bardzo, ale inaczej nie umiem. Dwa lata temu pewnie wyrządziłoby mi to więcej szkód niż pożytku ale nie dzisiaj. Za szczerość czasem płaci się wysoką cenę. Bo o cenach będzie też dzisiaj mowa. O tym kto za co płaci, ile. Pieniądze to temat tabu, ale jakoś każdy chce wiedzieć ile kto zarabia, dlaczego stać go na taki a nie inny samochód czy mieszkanie. Wiedza jest w cenie. Co mnie skłoniło do napisania tego posta? Chyba wielokrotne przeliczenia ludzi w moim otoczeniu apropo moich zarobków.
Znacie już historię tego mniej więcej gdzie i co robiłam i jak zarabiałam. W krótkim skrócie- 13-12 lat temu stojąc za ladą kroiłam sery czy chleb za 5 zł na rękę za godzinę. Na ulotkach zarabiało się podobnie. W McDonalds było szaleństwo bo było 8 zł za godzinę. Sprzątając toalety w klubach wrocławskich i jednocześnie będąc barmanką i kelnerką - ok. 5-6 zł ( napiwki to wygradzały; nawet sprzątanie notorycznie prezerwatyw czy rzygowin). W lepszej knajpie za dniówkę na kelnerce dostawało się 100 zł. Napiwki do podziału. Były do podziału dopóki nie odkryłam, że wszyscy robią mnie w chuja. Każda dziewczyna miała wszystkie napiwki wkładać do kasy i na koniec miały być do podziału. No i tak Ola która potrafiła mieć stałych klientów na stolik, napiwki w euro dostawała na koniec około 100 zł gdzie sama potrafiłam zebrać i 700 zł ( naprawdę bywały takie dni na rynku a nawet i lepsze). Kiedy zobaczyłam jak reszta nic nie wkłada lub podkrada odkładałam już tylko część do kasy do wspólnego podziału. Dobrze wspominam cateringi. Duże imprezy, dużo jedzenia, alkoholu. Co zostało mogliśmy zabrać do akademika i zrobić wszystkim ucztę- tak się stało po wigiliach pracowniczych największych linii produkcyjnych pod Wrocławiem. Kilka dni ucztowania. W międzyczasie byłam też opiekunką trójki dzieci za uwaga- 10 zł za godzinę. Trójki dzieci TRÓJKI! Kiedy poprosiłam po miesiącu o podwyżkę o 2 zł ( 2 ZŁOTE na godzinę- 12 zł) odesłano mnie z kwitkiem. Cały czas mieliśmy staże trenerskie w szkołach, klubach. Zajęcia praktyczne do prowadzenia- oczywiście za darmo. LEKKO NIE BYŁO. Moje CV można by obdarować kilka osób. Hitem i tak była dla mnie praca nad morze. Nie wiem do dzisiaj co mnie podkusiło. Siedziałam w domu w Zielonej Górze i obiecałam sobie że nie pracuje w wakacje. Byłam zmęczona. Tak miałam 20-21 lat i byłam zmęczona. Wystarczająco dużo pracowałam na codzień plus to wymęczające życie studenta, imprezy, alkohol- nie wiem co było bardziej męczące ( to taka ironia- będe co jakiś czas pisać że ironizuje bo taki już mam styl bycia a nie każdy to wie i może potraktować mój wysublimowany żart nazbyt serio). No ale usiadłam i na gumtree znalazłam pracę marzeń. Dawali jedzenie, spanie. I praca nad morzem! NAD MORZEM! W knajpie na kuchni w restauracji. Wydawało mi się, że wygrałam los na loterii. Wysłałam CV i po kilku godzinach miałam już telefon abym przyjeżdżała. Tego samego dnia chyba albo następnego babcia dała mi 40 zł na taxi od Nas na dworzec ( pociąg był jakoś w nocy lub nad ranem... hmm w sumie wciąż noc). Ja spakowałam się w 10 min i pojechałam na swoje wakacje w pracy. Przyjechałam. Oh jak wspaniale. Wakacyjny klimat. Pierwszy swój dzień adaptacyjny spędziłam siedząc na piasku na plaży. Coś wspaniałego. Później żałowałam że nie spędziłam tam całego dnia. Okazało się bowiem, że był to prawdopodobnie mój jedyny wolny dzień w ciągu kolejnych dwóch miesięcy. Obóz pracy. Zaczynałeś dzień o 6 kończyłeś czasem o 24 jak sprzątaliśmy kuchnie. Zależy. Ja i ta nie miałam najgorzej. Spaliśmy w miejscu gdzie każdy miał materac. Miejsce totalnie ciemne. Był tam chyba kiedyś jakiś magazyn. Nie wiedziałeś czy wciąż jest noc czy nadal dzień. Nie działało nam czasem światło. Zresztą ludzie wstawali o różnych godzinach a my spaliśmy tam w 6 osób albo więcej z tego co pamiętam. W każdym razie nic nie zapowiadało że będzie źle. Ja byłam twardym zawodnikiem i wiedziałam czym jest ciężka praca. Miały być fajne pieniądze. 3-4 tys za miesiąc. Tak mówili. Ta myśl trzymała mnie codziennie na nogach. Wróce i w kieszeni będę miała 8 tys złotych. Pieniądze jakich nigdy jeszcze nie widziałam. Codziennie każdy pracownik dostawał obiad za darmo. Generalnie my pracując na kuchni jakoś się o to nie martwiliśmy. Ja jadłam jak tylko był na to czas. Nie było mowy aby trenować też wtedy jak człowiek. W ciągu miesiąca poszłam może 8 razy pobiegać i coś poćwiczyć na ciężarze swojego ciała z chłopakami. Pewnego dnia szefowa zobaczyła że leży bardzo dużo sosu do spaghetti z mięsem - leżał tam już cztery dni albo i więcej. Ona jednak kazała nam wydać wszystkim na obiad makaron z sosem. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Mimo, iż ja osobiście tego nie ruszyłam zatrułam się czym innym i na drugi dzień blokowałam wszystkim od rana toalete. Weszłam na kuchnie i powiedziałam że nie dam rady stać na nogach i bałam się że kogoś mogę zarazić. Zgłosiłam to. Dostałam dwie godziny wolnego. W ciągu tego miesiąca również miałam tylko 1 JEDEN JEDEN JEDEN dzien wolnego. Poszłam położyłam się. Później po mnie przyszli mówili że nie dają rady beze mnie bo był taki ruch. Przyszłam. Spędziłam tak jeszcze 4 dni w pracy. Stojąc, nie jedząc, mało pijąc ( bo każde picie wody kończyło się z głową w muszli). Dzwoniłam przez ten miesiąc tej pracy chyba codziennie wtedy do mojej mamy. Ostatnie dwa tygodnie chyba tylko jej płakałam przez telefon. Ale pękłam przy odbieraniu wypłaty. Poza umową, na której miałam wpisaną jakąś śmieszną kwotę mieliśmy umowę słowną. Każdy wiedział ile mniej więcej zarobi. Dostałam 2500 zł. W przeliczeniu na godzinę wychodziło około. 4 zł. Bez napiwków. Bez dodatków. Bez niczego. Odbierając pieniądze dostałam najmniej. Odliczono mi moje dni kiedy byłam chora. Mimo iż jednak prawie wszystko przepracowałam. Powiedziałam że odchodzę. Postawiłam warunek, że albo dostanę tyle co inni ( pracowali tam już któryś sezon z kolei) albo mnie nie ma. Na drugi dzień byłam już w pociągu do Gdańska. Pojechałam tam na dwa tygodnie odwiedzić siostrę i pomieszkać z nią w akademiku AWF gdzie studiowała.
I wiecie co? Wtedy jak i za każdym razem usłyszałam że powinnam się cieszyć że dostałam pieniądze. Powinnam być wdzięczna za pracę. Nie byłam. Wielokrotnie usłyszałam pracując u kogoś że 2-3 tysiące to dużo. Dla kogo? Bo mi to mówiły osoby jeżdżące autami za kilkaset tysięcy złotych, mające 4 razy w roku wakacje. Ciekawe czy dla nich by to było dużo. 2-3 tysiące to jakaś darowizna i żebranie oraz walka o przeżycie. Niektórzy moi znajomi oraz klienci również przeliczają moje godziny i uważają że BARDZO DUŻO zarabiam. No nie. Tu jeden będzie chory, drugiemu się nie chce, trzeci i czwarty mają wakacje, piąta jest w ciąży itp. Żaden miesiąc nie jest taki sam. Bywa lepiej, bywa gorzej. Kiedy jest gorzej przypominam sobie stanie za barem za 5 zł i uświadamiam sobie że aby zarobić 100 zł, musiałabym stać tak 20 godzin. Wtedy jestem wdzięczna sobie za te wszystkie lata, które mnie do tego doprowadziły. Jednak nadal uważam, że nie jestem w sytuacji na tyle komfortowej aby cokolwiek odpuszczać. Powiem ci teraz dlaczego.
Trzy lata temu zakończyłam swój ostatni poważniejszy związek. Trzy lata temu byłam w jakimkolwiek związku. Jestem sama. O! To jest dobry początek moich obliczeń. Moi wcześniejsi partnerzy byli rożni. Różnie zarabiali. Ale nie oszukujmy się- większość zarabiałam ja. Potrafiłam opłacać mieszkanie, robić zakupy, drogie prezenty. I nie wypominam tego. Jak się jest zakochanym robi się różne rzeczy. Ani jednej bym w swoim życiu nie cofnęła. Chcę pokazać jedynie moje przystosowanie się, radzenie sobie ( lepiej lub gorzej) i pewną niezależność. Nie wiem z czego to wynika ale prawdopodobnie z tego, że moja mama została z dnia na dzień praktycznie bez niczego i z nami dwiema. I teraz tak- na studiach wydatki nie są jakieś duże. Pociągi do domu kosztowały 20 zł w obie strony. Z Wrocławia do Zielonej Góry tyle wtedy kosztował. Akademik to chyba 330 zł. I jakieś tam jedzenie, pierdy. Ja nie wydawałam pieniędzy na głupoty ( może czasem kiedy już miałam dość i mówiłam YOLO) a mimo to było różnie. Mieszkanie w dużym mieście takim jak WRO to koszt 2 tysięcy. Ja tyle płace. Za kawalerkę. Przytulna, mała. Ale nikt nie truje mi dupy. Jak mieszkałam na pokoju gdzie w mieszkaniach były imprezy, współlokatorzy robili syf lub były jakieś dziwne zasady. Mogę chodzić goła i wesoła i to za jedyne 2 tysiące złotych. Udało mi się. Jest to najdłuższe mieszkanie w którym jestem. Właścicielka nie robiła z niczym problemu. Wcześniej natomiast dramat. Więc ok- 2 koła. Dokładnie 2100. Jak było zimno benzyna około 100-150 zł. Tak aby dojechać na halę i z powrotem. Ja i tak wszędzie mam blisko więc chodzę z buta. Teraz jest cieplej to rower- bo lubie. Abonament w LUXMED - 135 zł ( taki na firmę, ale macie wszystkie rezonanse, lekarzy itp w tej cenie; NIE- NIE JESTEM ZADOWOLONA), telefon, internet, soczewki kontaktowe, księgowa- 400 zł, ZUS- 555 zł, wycieczka do domu autem raz w miesiącu- 200 zł, do tego oczywiście podatki, ale tutaj wychodzi przecież różnie i nie zawsze. Na razie doliczyłam się 3340 jeśli wycieczka do domu to 3540 - z psem takim jak Fran to raczej ciężko pociągiem. To wszystko to są koszty mojego przeżycia. Nie mieszkam w luksusach. Mam 14-letnie auto. W jednym miesiącu było 2 koła na naprawę w innym tysiąc. Jednorazowo- ale było. Ubezpieczenie też trzeba raz w roku. Nie doliczyłam laptopa więc jednak będzie 3540. 3740 z wycieczka do domu. Tyle kosztuje życie. Bez tego aby ktoś truł ci dupę na mieszkaniu czy aby pracodawca robił Cię w ciula. Bo zawsze możesz płacić tysiąc za pokój, zarabiać 2500 u kogoś i być happy. Ale ja nie jestem. Wiec nie mów komuś że jak ma 2-3 koła to może robić YOLO i zdobywać świat. Ja zarabiam więcej a płaczę ( już nie) nad tym że ukradli mi rower za ponad 4 tysiące. Nie jeżdżę na wakacje. A chcę. No ale kto wtedy na mnie zarobi? A za opiekę nad psami trzeba sobie liczyć. Chciałabym inne auto bo w tym miałam dwa wypadki na autostradzie. W jednym życie mignęło mi przed oczami. No ale jeżdżę. Wielkie mi tam rzeczy- strach.
No i teraz kumulacja. KOLEŻANKI. Wesołe, mające na wszystko czas. Też niektóre pracują. Część z nich żyje w fajnych związkach, część żyje bo nie stać ich na niezależne życie. Wiedzą, że jak odejdą nie będzie ich już na wszystko stać, na wakacje nie pojadą, praca za 2-3 tysiące nie wystarczy. Tkwią w związkach, które nie mają przyszłości. Bo nie stać ich na związek z samą sobą. Nie piszę tego, bo mnie na niego nie stać. Stać mnie. Wolę być sama niż być z byle kim. Za bardzo cenie sobie w moim życiu miłość oraz przyjaźń. Muszę trochę za tym pobiegać ale lubię swoją pracę. Bardzo. Nigdy na to nie narzekam. Jestem wdzięczna. Ale nie róbmy z szamba perfumerii kiedy ktoś jest z kimś bo musi. To nie życie. To więzienie.
na dzisiaj:
A wy co myślicie o pracy za 2 tysiące złotych? Niewolnictwo czy high life?
W ostatnim poście trochę popłynęłam. Być może za bardzo, ale inaczej nie umiem. Dwa lata temu pewnie wyrządziłoby mi to więcej szkód niż pożytku ale nie dzisiaj. Za szczerość czasem płaci się wysoką cenę. Bo o cenach będzie też dzisiaj mowa. O tym kto za co płaci, ile. Pieniądze to temat tabu, ale jakoś każdy chce wiedzieć ile kto zarabia, dlaczego stać go na taki a nie inny samochód czy mieszkanie. Wiedza jest w cenie. Co mnie skłoniło do napisania tego posta? Chyba wielokrotne przeliczenia ludzi w moim otoczeniu apropo moich zarobków.
Znacie już historię tego mniej więcej gdzie i co robiłam i jak zarabiałam. W krótkim skrócie- 13-12 lat temu stojąc za ladą kroiłam sery czy chleb za 5 zł na rękę za godzinę. Na ulotkach zarabiało się podobnie. W McDonalds było szaleństwo bo było 8 zł za godzinę. Sprzątając toalety w klubach wrocławskich i jednocześnie będąc barmanką i kelnerką - ok. 5-6 zł ( napiwki to wygradzały; nawet sprzątanie notorycznie prezerwatyw czy rzygowin). W lepszej knajpie za dniówkę na kelnerce dostawało się 100 zł. Napiwki do podziału. Były do podziału dopóki nie odkryłam, że wszyscy robią mnie w chuja. Każda dziewczyna miała wszystkie napiwki wkładać do kasy i na koniec miały być do podziału. No i tak Ola która potrafiła mieć stałych klientów na stolik, napiwki w euro dostawała na koniec około 100 zł gdzie sama potrafiłam zebrać i 700 zł ( naprawdę bywały takie dni na rynku a nawet i lepsze). Kiedy zobaczyłam jak reszta nic nie wkłada lub podkrada odkładałam już tylko część do kasy do wspólnego podziału. Dobrze wspominam cateringi. Duże imprezy, dużo jedzenia, alkoholu. Co zostało mogliśmy zabrać do akademika i zrobić wszystkim ucztę- tak się stało po wigiliach pracowniczych największych linii produkcyjnych pod Wrocławiem. Kilka dni ucztowania. W międzyczasie byłam też opiekunką trójki dzieci za uwaga- 10 zł za godzinę. Trójki dzieci TRÓJKI! Kiedy poprosiłam po miesiącu o podwyżkę o 2 zł ( 2 ZŁOTE na godzinę- 12 zł) odesłano mnie z kwitkiem. Cały czas mieliśmy staże trenerskie w szkołach, klubach. Zajęcia praktyczne do prowadzenia- oczywiście za darmo. LEKKO NIE BYŁO. Moje CV można by obdarować kilka osób. Hitem i tak była dla mnie praca nad morze. Nie wiem do dzisiaj co mnie podkusiło. Siedziałam w domu w Zielonej Górze i obiecałam sobie że nie pracuje w wakacje. Byłam zmęczona. Tak miałam 20-21 lat i byłam zmęczona. Wystarczająco dużo pracowałam na codzień plus to wymęczające życie studenta, imprezy, alkohol- nie wiem co było bardziej męczące ( to taka ironia- będe co jakiś czas pisać że ironizuje bo taki już mam styl bycia a nie każdy to wie i może potraktować mój wysublimowany żart nazbyt serio). No ale usiadłam i na gumtree znalazłam pracę marzeń. Dawali jedzenie, spanie. I praca nad morzem! NAD MORZEM! W knajpie na kuchni w restauracji. Wydawało mi się, że wygrałam los na loterii. Wysłałam CV i po kilku godzinach miałam już telefon abym przyjeżdżała. Tego samego dnia chyba albo następnego babcia dała mi 40 zł na taxi od Nas na dworzec ( pociąg był jakoś w nocy lub nad ranem... hmm w sumie wciąż noc). Ja spakowałam się w 10 min i pojechałam na swoje wakacje w pracy. Przyjechałam. Oh jak wspaniale. Wakacyjny klimat. Pierwszy swój dzień adaptacyjny spędziłam siedząc na piasku na plaży. Coś wspaniałego. Później żałowałam że nie spędziłam tam całego dnia. Okazało się bowiem, że był to prawdopodobnie mój jedyny wolny dzień w ciągu kolejnych dwóch miesięcy. Obóz pracy. Zaczynałeś dzień o 6 kończyłeś czasem o 24 jak sprzątaliśmy kuchnie. Zależy. Ja i ta nie miałam najgorzej. Spaliśmy w miejscu gdzie każdy miał materac. Miejsce totalnie ciemne. Był tam chyba kiedyś jakiś magazyn. Nie wiedziałeś czy wciąż jest noc czy nadal dzień. Nie działało nam czasem światło. Zresztą ludzie wstawali o różnych godzinach a my spaliśmy tam w 6 osób albo więcej z tego co pamiętam. W każdym razie nic nie zapowiadało że będzie źle. Ja byłam twardym zawodnikiem i wiedziałam czym jest ciężka praca. Miały być fajne pieniądze. 3-4 tys za miesiąc. Tak mówili. Ta myśl trzymała mnie codziennie na nogach. Wróce i w kieszeni będę miała 8 tys złotych. Pieniądze jakich nigdy jeszcze nie widziałam. Codziennie każdy pracownik dostawał obiad za darmo. Generalnie my pracując na kuchni jakoś się o to nie martwiliśmy. Ja jadłam jak tylko był na to czas. Nie było mowy aby trenować też wtedy jak człowiek. W ciągu miesiąca poszłam może 8 razy pobiegać i coś poćwiczyć na ciężarze swojego ciała z chłopakami. Pewnego dnia szefowa zobaczyła że leży bardzo dużo sosu do spaghetti z mięsem - leżał tam już cztery dni albo i więcej. Ona jednak kazała nam wydać wszystkim na obiad makaron z sosem. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Mimo, iż ja osobiście tego nie ruszyłam zatrułam się czym innym i na drugi dzień blokowałam wszystkim od rana toalete. Weszłam na kuchnie i powiedziałam że nie dam rady stać na nogach i bałam się że kogoś mogę zarazić. Zgłosiłam to. Dostałam dwie godziny wolnego. W ciągu tego miesiąca również miałam tylko 1 JEDEN JEDEN JEDEN dzien wolnego. Poszłam położyłam się. Później po mnie przyszli mówili że nie dają rady beze mnie bo był taki ruch. Przyszłam. Spędziłam tak jeszcze 4 dni w pracy. Stojąc, nie jedząc, mało pijąc ( bo każde picie wody kończyło się z głową w muszli). Dzwoniłam przez ten miesiąc tej pracy chyba codziennie wtedy do mojej mamy. Ostatnie dwa tygodnie chyba tylko jej płakałam przez telefon. Ale pękłam przy odbieraniu wypłaty. Poza umową, na której miałam wpisaną jakąś śmieszną kwotę mieliśmy umowę słowną. Każdy wiedział ile mniej więcej zarobi. Dostałam 2500 zł. W przeliczeniu na godzinę wychodziło około. 4 zł. Bez napiwków. Bez dodatków. Bez niczego. Odbierając pieniądze dostałam najmniej. Odliczono mi moje dni kiedy byłam chora. Mimo iż jednak prawie wszystko przepracowałam. Powiedziałam że odchodzę. Postawiłam warunek, że albo dostanę tyle co inni ( pracowali tam już któryś sezon z kolei) albo mnie nie ma. Na drugi dzień byłam już w pociągu do Gdańska. Pojechałam tam na dwa tygodnie odwiedzić siostrę i pomieszkać z nią w akademiku AWF gdzie studiowała.
I wiecie co? Wtedy jak i za każdym razem usłyszałam że powinnam się cieszyć że dostałam pieniądze. Powinnam być wdzięczna za pracę. Nie byłam. Wielokrotnie usłyszałam pracując u kogoś że 2-3 tysiące to dużo. Dla kogo? Bo mi to mówiły osoby jeżdżące autami za kilkaset tysięcy złotych, mające 4 razy w roku wakacje. Ciekawe czy dla nich by to było dużo. 2-3 tysiące to jakaś darowizna i żebranie oraz walka o przeżycie. Niektórzy moi znajomi oraz klienci również przeliczają moje godziny i uważają że BARDZO DUŻO zarabiam. No nie. Tu jeden będzie chory, drugiemu się nie chce, trzeci i czwarty mają wakacje, piąta jest w ciąży itp. Żaden miesiąc nie jest taki sam. Bywa lepiej, bywa gorzej. Kiedy jest gorzej przypominam sobie stanie za barem za 5 zł i uświadamiam sobie że aby zarobić 100 zł, musiałabym stać tak 20 godzin. Wtedy jestem wdzięczna sobie za te wszystkie lata, które mnie do tego doprowadziły. Jednak nadal uważam, że nie jestem w sytuacji na tyle komfortowej aby cokolwiek odpuszczać. Powiem ci teraz dlaczego.
Trzy lata temu zakończyłam swój ostatni poważniejszy związek. Trzy lata temu byłam w jakimkolwiek związku. Jestem sama. O! To jest dobry początek moich obliczeń. Moi wcześniejsi partnerzy byli rożni. Różnie zarabiali. Ale nie oszukujmy się- większość zarabiałam ja. Potrafiłam opłacać mieszkanie, robić zakupy, drogie prezenty. I nie wypominam tego. Jak się jest zakochanym robi się różne rzeczy. Ani jednej bym w swoim życiu nie cofnęła. Chcę pokazać jedynie moje przystosowanie się, radzenie sobie ( lepiej lub gorzej) i pewną niezależność. Nie wiem z czego to wynika ale prawdopodobnie z tego, że moja mama została z dnia na dzień praktycznie bez niczego i z nami dwiema. I teraz tak- na studiach wydatki nie są jakieś duże. Pociągi do domu kosztowały 20 zł w obie strony. Z Wrocławia do Zielonej Góry tyle wtedy kosztował. Akademik to chyba 330 zł. I jakieś tam jedzenie, pierdy. Ja nie wydawałam pieniędzy na głupoty ( może czasem kiedy już miałam dość i mówiłam YOLO) a mimo to było różnie. Mieszkanie w dużym mieście takim jak WRO to koszt 2 tysięcy. Ja tyle płace. Za kawalerkę. Przytulna, mała. Ale nikt nie truje mi dupy. Jak mieszkałam na pokoju gdzie w mieszkaniach były imprezy, współlokatorzy robili syf lub były jakieś dziwne zasady. Mogę chodzić goła i wesoła i to za jedyne 2 tysiące złotych. Udało mi się. Jest to najdłuższe mieszkanie w którym jestem. Właścicielka nie robiła z niczym problemu. Wcześniej natomiast dramat. Więc ok- 2 koła. Dokładnie 2100. Jak było zimno benzyna około 100-150 zł. Tak aby dojechać na halę i z powrotem. Ja i tak wszędzie mam blisko więc chodzę z buta. Teraz jest cieplej to rower- bo lubie. Abonament w LUXMED - 135 zł ( taki na firmę, ale macie wszystkie rezonanse, lekarzy itp w tej cenie; NIE- NIE JESTEM ZADOWOLONA), telefon, internet, soczewki kontaktowe, księgowa- 400 zł, ZUS- 555 zł, wycieczka do domu autem raz w miesiącu- 200 zł, do tego oczywiście podatki, ale tutaj wychodzi przecież różnie i nie zawsze. Na razie doliczyłam się 3340 jeśli wycieczka do domu to 3540 - z psem takim jak Fran to raczej ciężko pociągiem. To wszystko to są koszty mojego przeżycia. Nie mieszkam w luksusach. Mam 14-letnie auto. W jednym miesiącu było 2 koła na naprawę w innym tysiąc. Jednorazowo- ale było. Ubezpieczenie też trzeba raz w roku. Nie doliczyłam laptopa więc jednak będzie 3540. 3740 z wycieczka do domu. Tyle kosztuje życie. Bez tego aby ktoś truł ci dupę na mieszkaniu czy aby pracodawca robił Cię w ciula. Bo zawsze możesz płacić tysiąc za pokój, zarabiać 2500 u kogoś i być happy. Ale ja nie jestem. Wiec nie mów komuś że jak ma 2-3 koła to może robić YOLO i zdobywać świat. Ja zarabiam więcej a płaczę ( już nie) nad tym że ukradli mi rower za ponad 4 tysiące. Nie jeżdżę na wakacje. A chcę. No ale kto wtedy na mnie zarobi? A za opiekę nad psami trzeba sobie liczyć. Chciałabym inne auto bo w tym miałam dwa wypadki na autostradzie. W jednym życie mignęło mi przed oczami. No ale jeżdżę. Wielkie mi tam rzeczy- strach.
No i teraz kumulacja. KOLEŻANKI. Wesołe, mające na wszystko czas. Też niektóre pracują. Część z nich żyje w fajnych związkach, część żyje bo nie stać ich na niezależne życie. Wiedzą, że jak odejdą nie będzie ich już na wszystko stać, na wakacje nie pojadą, praca za 2-3 tysiące nie wystarczy. Tkwią w związkach, które nie mają przyszłości. Bo nie stać ich na związek z samą sobą. Nie piszę tego, bo mnie na niego nie stać. Stać mnie. Wolę być sama niż być z byle kim. Za bardzo cenie sobie w moim życiu miłość oraz przyjaźń. Muszę trochę za tym pobiegać ale lubię swoją pracę. Bardzo. Nigdy na to nie narzekam. Jestem wdzięczna. Ale nie róbmy z szamba perfumerii kiedy ktoś jest z kimś bo musi. To nie życie. To więzienie.
na dzisiaj:
A wy co myślicie o pracy za 2 tysiące złotych? Niewolnictwo czy high life?



Komentarze
Prześlij komentarz